Ciąża

TYDZIEŃ 36 I SZPITAL

marca 21, 2015 Slomkowo 7 Komentarzy



Witajcie :)

Wszystko zaczęło się 18 marca w dniu urodzin mojego męża. Będąc w domu zajęłam się tak naprawdę wszystkim, od sprzątania aż po przygotowania kolacji. Nie ukrywam trochę się przy tym nagimnastykowałam, lecz wcale nie czułam się źle. Wręcz przeciwnie rozpierała mną energia. O 17 zebrali się goście i tak do 21 czułam się fantastycznie. Aż teściowa ciągle mówiła: Aga ale ty latasz z tym brzuchem, powoli... :) Nie ukrywam, że mąż też mi dużo pomagał. Lecz ja lubię zaopiekować się gościmy. Prawda jest taka, że było to jego święto to chciałam mu pomóc. Więc, jak to zaczęło się wszystko z tym szpitalem?!
Wieczorem o 21 jakoś tak dziwnie zaczął napinać mi się brzuch. Ten ból był dziwny. Przez całą noc z lekkim niepokojem nie mogłam zasnąć. Mąż mówi:  jeśli  nie przejdzie do jutra to pojedziemy do lekarza do gin. i niech to zbada. Oczywiście im częściej myślałam, o tym napinającym się bólu brzucha tym bardziej go czułam. I tak cała noc miałam nie przespana...

Nad ranem mąż się pyta, czy już bóle przeszły. Ja kiwam tylko lekko głową, że nie... i nadal czuje taki napinający się brzuch. Kazał, dzwonić do lekarza, aby natychmiast umówić się na wizytę... I tutaj w Medicoverze nie ma z tym problemu. Był wolny termin na godzi: 11:00. Ta godzina nam pasowała i tak z mężem wyruszyliśmy do gabinetu... Nie była to moją  dr. prowadząca lecz do tej co mnie zapisali miała opinie na forum nie naganne. Zresztą było mi obojętne do kogo trafię. Ważne, aby była kompetentna. Na badaniach powiedziała, że da mi skierowanie do szpitala na patologie ciąży. Uwierzcie mi prawie się rozpłakałam, bo słowo patologia ciąży wcale dobrze nie brzmi. Ale jak mus to mus...
Teraz z tym skierowaniem mieliśmy się udać do szpitala. I tutaj pojawił się mały problem, bo w Poznaniu jest kilka szpitali z odziałem ginekologiczno-położniczym. Już wcześniej podjęłam decyzję, że chcę rodzić w Szpitalu im. F. Raszei. Jeden problem z głowy...
A teraz pytanie, czy jechać od razu, czy jechać do domu po walizkę gdybym miała tam zostać na noc lub dłużej...
My postanowiliśmy, że nie ma co czekać tylko jechać prosto do szpitala. I tak po rejestracji, badaniach lekarz w szpitalu zdecydował, że zostawia mnie na kontrolę... i jeśli okaże się, że wszystko jest dobrze na drugi dzień mnie wypuszczą. 
Tak trafiłam na patologię ciąży w szpitalu Raszei w Poznaniu. Miałam ogromne szczęście, że dali mnie do pokoju gdzie były dwie młodziutkie dziewczyny praktycznie w moim wieku. Dość szybko złapaliśmy ze sobą kontakt. Jedna dziewczyna M. okazało się, że pracowała tutaj dwa lata i sama jest położną. Była w 37 tygodniu ciąży i miała na drugi dzień rodzić, ale trzy dziewczyny z naszego parteru ją wyprzedziły i tak biedulka musiała jeszcze czekać. 
Podczas mojego przyjęcia w szpitalu mąż dowiózł mi potrzebne rzeczy plus jakieś słodkości. W szpitalu mógł ze mną zostać do godziny 20:00, bo tak tutaj trwały odwiedziny :)
Dwa razy zrobili mi KTG, cudowne uczucie słyszeć tak głośno bijące serduszka naszego malca. Żałuję, że tego nie nagrałam...
Sondy miałam umiejscowione na wysokości pępka. Następnie podali mi dwie tabletki: nospe i aspargin. 
Co dwie godziny byłam budzona, bo sprawdzali tętno maluszka. Dlatego moja noc w szpitalu była tak naprawdę nie przespana :( takie zasypianie i budzenie jest straszne... 
Z dziewczynami na sali złapałam od razu kontakt i tak do 1 w nocy przegadałyśmy, aż każda po kolei zaczęła padać :)
Na drugi dzień był obchód lekarzy i tylko czekaliśmy na informacje, że możemy pójść do domciu.
Mnie lekarz przebadał sprawdził moje wyniki i powiedział, że wszystko jest ładnie, pięknie i wcale nie widzi powodu, aby mnie tutaj dłużej zatrzymywać. 
Moja radość była ogromna. Od razu zadzwoniłam po mężulka, aby po mnie przyjechał, był zaledwie w ciągu godzinki. Jeszcze załapałam się na szpitalny obiad :) Muszę przyznać, że wcale tak źle w szpitalu nie karmią. Dostaliśmy rybkę, bo to akurat był piątek do tego gotowane buraczki, marchewkę i ryż. I naprawdę było smaczne. Nie było jałowe…

Jak wczoraj wróciłam do domu to pierwsze co wykąpałam się, ubrałam w piżamę i poszłam o 13 spać. I tak odpłynęłam w objęciach Morfeusza aż do godziny 17, bo potem mąż chciał mieć towarzystwo i mnie obudził, gdzie jeszcze wspólnie obejrzeliśmy bajkę na dobranoc "Wielka Szóstka", którą polecam każdemu. Dla mnie ta bajka to nowy hit Disneya :)
I tak kończy się moja historia jednodniowego pobytu w szpitalu...
Szczęście, że cała ta historia dobrze się kończy...
Maluszek ma jeszcze czas, aby przywitać ten piękny świat...




Szpitalny obiad
Piątkowy obiad w Szpitalu im. F. Raszei w Poznaniu.

Pamiątkowe zdjęcie :)

Tak wygląda stęskniony kot :) Nie odstępuje mnie na krok, mimo, że mnie tylko jeden dzień nie było :)




Pozdrawiam, 
Agnieszka

7 komentarzy:

  1. Dużo zdrówka, dotrwajcie do 40 tygodnia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzidzia już trenuje przed porodem. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że wszystko się dobrze skończyło :).
    Teraz już tylko na spokojnie czekać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uważaj na siebie ;) Ja trafiłam w 36tc i wiedziałam, że do domu sama nie wrócę ;) Plamiłam troszkę, skurczy nie miałam, więc gdy mówiłam,że urodzę to się lekarze i położne za głowę łapali ;) Skurcze nagle przyszły i to tak silne, że i leki nie pomogły. Wy jeszcze czekajcie spokojnie :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana powodzenia i wyluzuj troszkę, poleż poczytaj ksiązki bo jak się dzidzia urodzi to już nie poleniuchujesz:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiem co czułaś dostając się na patologię ciąży. Ja w sumie też na tym oddziale leżałam 1 dzień. Potem przenieśli mnie na poporodowy. Tylko u mnie to był 30 tydzień.

    OdpowiedzUsuń